:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  11°C pochmurno z przejaśnieniami

Kilka słów o etosie pracy...

publicystyka, Kilka słów etosie pracy - zdjęcie, fotografia

Bertrand Russell: Brak wolnego czasu pozbawia nas wielu najpiękniejszych rzeczy w życiu

Ludzie rozpoczynają swój dzień od stania w korku albo w przepełnionych środkach komunikacji miejskiej, a resztę dnia spędzają przyklejeni do monitora, wykonując zadania, które by równie dobrze zrobiła wytresowana małpa. Jak uniknąć pracy w społeczeństwie, które ma na jej punkcie obsesję?

„Kto nie pracuje, niech nie je” – mówi przysłowie. Wydaje się, że po kilku stuleciach więzienia w żelaznej klatce produktywizmu praca stała się dla nas głównym źródłem oceny siebie i innych. Gdybyśmy nie pracowali, mielibyśmy wrażenie, że jesteśmy nikczemnikami, a ludzie patrzyliby na nas z góry. Ale może czas to zmienić? Może powinniśmy po prostu odmówić pracy?

 

Ja, praca

Zmartwienia związane z płatną pracą są powszechne – wystarczy zasłuchać się w rozmowy w którymkolwiek barze. Kogo wydymał szef? Jak to możliwe, że po kilkutygodniowej harówie nie wystarczy mi pieniędzy nawet na czynsz? Gdzie znaleźć lepszą robotę? Jak poradzić sobie z tym, że oszukał mnie kolega w pracy? Nasuwa się pytanie: czy cały ten trud ma sens?

W badaniach, przeprowadzonych jakiś czas temu przez Instytut Gallupa, okazało się, że pracowników podzielić można na trzy grupy: zaangażowanych (13 procent), niezaangażowanych (63 procent) oraz aktywnie nieangażujących się (23 procent). Zaangażowany pracownik to współczesny „przodownik pracy” – ciężko haruje, żeby firma, w której jest zatrudniony, odnosiła sukcesy, ponieważ jej dobro nierozerwalnie łączy ze swoim życiem osobistym. Jednak większość pracujących należy do drugiej kategorii – chodzi do piekła pracy tylko dlatego, żeby nie skończyć na ulicy. Praca straciła dla nich sens, często cierpią na tak zwany prezenteizm – fizycznie znajdują się w miejscu zatrudnienia, ale walczą z wypaleniem, efektywność mają w nosie, a pracę po prostu jakoś przecierpią.

Oprócz tego mamy jeszcze trzecią grupę pracowników: nie tylko nie znoszą swojej pracy, ale do tego aktywnie ją sabotują. Być może słyszeliście na przykład o prawniku, który w toalecie wypróżnił się do dozownika na mydło, zmieszał swoje ekskrementy z mydłem, z którego korzystali nieprzeczuwający niczego pozostali pracownicy. Jest to wprawdzie dziwaczne, ale nie znowu tak niezwyczajne. Pracownicy-sabotażyści wymyślają bowiem najróżniejsze sposoby, jak zaszkodzić firmie, w której muszą zasuwać. Kradną przedmioty z biura, specjalnie szkodzą organizacji i ambitnym kolegom. A kiedy uzmysłowią sobie, że to do niczego nie prowadzi, zaczynają się samookaleczać, brać narkotyki czy nawet popełniają samobójstwo. Krótko mówiąc, praca zbyt daleko ingeruje w nasze życie, nawet jeśli jej nie znosimy. Zamiast „ja, człowiek” możemy równie dobrze mówić „ja, praca”.

 

Musisz tyrać!

Brytyjski profesor Peter Fleming, który zajmuje się badaniami warunków pracy, twierdzi, że praca stała się punktem centralnym naszego życia: „Stoimy wobec wszechobecnej ideologii pracy, według której jedyną rzeczą, która się liczy, jest to, czy mamy płatne zatrudnienie. Dosłownie żyjemy pracą. Jednak to działa niszcząco na status osób związanych z działaniami nienastawionymi na zysk, aktywnościami artystycznymi, religią czy wychowywaniem dzieci”. Jak praca mogła nad nami zapanować? I jaki związek ma z tym modna dziś mowa nienawiści wymierzona przeciwko „obibokom” i „pasożytom pobierającym zasiłki”? Może powodem jest to, że dla wielu z nas praca przestała mieć sens – straciliśmy wiarę, że stanie się dla nas źródłem pewności życiowej, dumy zawodowej czy poczucia stabilności. Wystarczyły niskie pensje, arogancja szefów czy strata wiary w lepszą w przyszłość, a przejrzeliśmy na oczy. Tyle że, a to kluczowe, nie możemy nawet pomyśleć o tym, że dałoby się żyć bez pracy. Zewsząd odzywa się ideologia, która nakazuje: „Musisz tyrać!” Nawet wtedy, kiedy mamy marne zarobki, nasza praca nas nie interesuje i niszczy nam zdrowie. Powinniśmy zostawić na boku wątpliwości i porządnie się zdyscyplinować przed następną zmianą. Oto cel.

 

Ucieczki z pracy

Jak się z tego wydostać? Możliwą odpowiedź proponuje książka The Refusal of Work. Opowiada o osobach, które zdecydowały się, że umyślnie zmniejszą swoje obciążenie zawodowe albo że zupełnie zrezygnują z uczestnictwa w procesie pracy. Zrozumieli, że nie ma sensu harować jako urzędnik bankowy, dyrektor kreatywny w agencji reklamowej czy niewolnik w call center, i spróbowali czegoś innego. Jeden z nich skomentował to następująco: „Wszyscy wiemy, że dzisiejsze tak zwane spełnione życie jest główną przyczyną naszego stresu i złego stanu zdrowia“. Ludzie rozpoczynają swój dzień od stania w korku albo w przepełnionych środkach komunikacji miejskiej, a resztę dnia spędzają przyklejeni do monitora, wykonując zadania, które by równie dobrze zrobiła wytresowana małpa.

Ludzie, którzy zdecydowali się zbuntować przeciwko pracy, obalają pogląd, że zasuwanie w pracy od rana to wieczora to coś normalnego. Jednocześnie nie jest to łatwe. Czasami są obiektem pogardy, a jeśli nie chcą kraść, muszą być bardzo pomysłowi, żeby zdobyć środki na życie. Niektórzy z nich mieli więcej szczęścia, ponieważ jako informatycy czy menadżerowie zarobili wystarczająco na to, żeby móc mieć pracę w nosie, i przenieśli się na wieś, gdzie spokojnie żyją. Ale inni musieli dość pokombinować i łączą wszelkie możliwe sposoby, żeby zdobyć środki na życie, jak na przykład okazjonalne prace, częściową samowystarczalność oraz różne samopomocowe i solidarnościowe sieci. Jedna rzecz dotyczy jednak wszystkich: z mniejszą ilością pracy obniżyły się ich potrzeby, ponieważ frustracji z powodu pracy nie muszą rekompensować konsumpcją. Ponadto sami potrafią wiele rzeczy wytworzyć czy wyhodować. Inaczej postrzegają czas, wielu z nich zajmuje się sztuką, a życie pozostałych ludzi wydaje im się absurdalne: „Pięć czy sześć dni w tygodniu harujecie, potem jesteście wykończeni i odpoczywacie albo jedziecie na urlop tylko po to, żeby znowu nabrać energii do pracy. I tak w kółko” – mówi inny respondent. Tyle że jednocześnie ci poszukiwacze przygód dobrze wiedzą, że bez rozległej zmiany społecznej ich zbożne starania pozostaną jedynie odosobnionym buntem.

 

Precz z ascetyzmem

Jak miałaby wyglądać taka zmiana? Jedną z możliwości jest walka o skrócenie czasu pracy i po prostu podzielenie się niektórymi stanowiskami. Z czymś takim eksperymentuje się dzisiaj na przykład w Kanadzie, gdzie pracownicy firmy, która musi zaoszczędzić, mogą przejść na krótszy tydzień pracy – z tym, że część straconego wynagrodzenia rekompensuje im państwo. Jednocześnie okazuje się, że paradoksalnie te kraje europejskie, w których czas pracy jest krótszy, są produktywniejsze, ponieważ tamtejsi pracownicy nie są tak zmęczeni i wypaleni zawodowo.

Inną możliwością jest bezwarunkowy dochód podstawowy, który – przy odpowiedniej wysokości – zlikwidowałby konieczność pracy. Mimo tego, że z gwarantowanym dochodem wiąże się szereg niejasności, ma on wielką zaletę: z jego pomocą praca stałaby się dobrowolna. Nie musielibyśmy już być niewolnikami, żeby przeżyć, a moglibyśmy poświęcić się czynnościom, które nas interesują i dają nam satysfakcję. Ludzie otrzymaliby środki do życia czy na rozwój własnej działalności gospodarczej.

Praca odzyskałaby swój sens, ponieważ zniknęłoby mnóstwo miejsc pracy, które dzisiaj są niegodziwe, zbyteczne i tylko niszczą ludziom życie.

Tomasz Trąbiński
 

 

 


Kilka słów o etosie pracy... komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się