:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  10°C bezchmurnie

To był jazz - książka Andrzeja Idona Wojciechowskiego cz. V ostatnia

historia, książka Andrzeja Idona Wojciechowskiego ostatnia - zdjęcie, fotografia

Foto. Z. Karpowicz. Niewinni czarodzieje Andrzeja Wajdy. Na zdjęciu w kolejności Jan Zylber, Roman Polański, Andrzej Trzaskowski, Krzysztof Komeda, Andrzej Nowakowski, Henio "Meloman", Tadeusz Łomnicki i Andrzej Wojciechowski

Książka, „Był Jazz” ma jedną wadę. Nigdzie nie można jej kupić. Została wydana przez Wytwórnię Filmową w Łodzi i dodana do biletów na wielkiej Gali z okazji 60-lecia jazzu w Polsce. Nie była w sprzedaży. Stała się białym krukiem. Jest jednak okazja! Można ją przeczytać, na portalu www.gpr24.pl


Feridun Erol

 

 

 

 

 

Stefan Kisielewski

 

 

„Jazz nie potrzebuje propagandy, bo jazz jest sitwą. Kto chce przystąpić do sitwy ten jej sobie poszuka, ale żadnej reklamy czy zachęty nie potrzeba.

 

 

Jazz grany przez Melomanów — jak wspominał Stefan Kisielewski — to było nawet na początku wcale nie muzyczne, lecz jakieś syntetyczne, jednocześnie ideowe i nastrojowe, psychologiczne i intelektualne zarazem odprężenie i podniecenie. Raj dla myśli, uczuć, ujście dla instynktów towarzyskich, potrzeby odczuwania podziwu, ratunek przed nudą i smutkiem. Po prostu premia losu, nic innego. Było bowiem w tych czasach strasznie nudno i dodupizm, jak mawiał Broniewski. Cień najmniejszej nadziei, że dotrze do nas światowe życie i że może nam się zdarzyć coś ciekawego, radosnego, olśniewającego.

 

 

I nagle Jerzy Skarżyński i Marian Eile wprowadzają mnie w świat pełen radości, rytmu, młodzieżowego zapału. Spotkanie z jazzem w wykonaniu młodych muzyków, takich jak: Matuszkiewicz, Trzaskowski, Sobociński, Wojciechowski uratowało mnie duchowo i przywróciło wiarę w świat i życie.

 

 

Podobnego olśnienia, całkowicie zaskakującego, doznał Zygmunt Mycielski, kiedy po raz pierwszy usłyszał Melomanów w Krakowie, w klubie literatów przy ul. Krupniczej.

 

 

On nigdy z jazzem się nie spotkał — komentował Kisiel — w przeciwieństwie do mnie, który pseudojazz podgrywał w czasie okupacji w knajpie, do tańca. Nawet próbowałem improwizować. Zygmunt Mycielski zafascynował się jazzem już ostatecznie na pierwszych Zaduszkach Jazzowych w szkole przy ul. Królowej Jadwigi. Towarzyszył nam wtedy także Jerzy Ludwik Kern, namiętny słuchacz amerykańskiego jazzu. Ale, oprócz przeżyć muzycznych, ogromnie ważne dla mnie i imponujące były imponderabilia ideowe. Pamiętam, że kiedyś jeden z kierowników poważnej instytucji państwowej zapragnął zaangażować Melomanów, proponując niezłe warunki finansowe, aby tylko nie używać nazwy jazz, nie stosować angielskich tytułów, może nawet zafałszować pewne jaskrawości. Przekazałem propozycję Andrzejowi Trzaskowskiemu, który w pamiętnej rozmowie (obaj byliśmy trochę na bani) kategorycznie odmówił.

 

 

— Dlaczego? — próbowałem argumentować — czyż nie jest ważną rzeczą propagować jazzowy styl improwizacji, choćby pod inną nazwą?

 

 

— Nie — powiedział mi Trzaskowski. — Jazz nie potrzebuje propagandy, bo jazz to jest sitwa. Kto chce przystąpić do sitwy, ten jej sobie poszuka, ale żadnej reklamy czy zachęty nie potrzeba — odparował moimi słowami hrabia.

 

 

Niejednemu Księga wspomnień przypomni farystowskie czasy młodości, kiedy to w latach 1952–56 jazz odegrał w Polsce rolę niezwykłą, jaka prędko, myślę, się nie trafi. Epoka się zamknęła, lecz kto powiedział, że wracanie do epok zamkniętych nie jest pożyteczne?”.

 

 

 

 

 

Zygmunt Kałużyński

 

 

W zespole Melomani grali dwaj najważniejsi w rozwoju polskiego jazzu pianiści. Andrzej Trzaskowski i Krzysztof Komeda. Oni spowodowali dwa różne kierunki muzyki jazzowej. Zauważył to Jerzy Redliński w swojej książce Obywatel jazz wydanej w 1967 roku.

 

 

Cytuję z tego wydania wypowiedź Zygmunta Kałużyńskiego:

 

 

„Trzaskowski jest zwolennikiem ścisłej dyscypliny, co się w jego muzyce dokładnie uzewnętrznia. Fakt, że jego pierwszym oficjalnym bożyszczem był Horace Silver, ma swoją wymowę, bo ten muzyk dokładnie nakreślił granice swojej muzyki. Oczywiście, podejście Trzaskowskiego do muzyki wynika nie tylko z jego temperamentu, ale także przygotowania zawodowego. Jest jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym z kompozytorów polskich, który może sobie pozwolić na operowanie różnymi językami muzycznymi. Dzięki temu, że jest muzykologiem. Jego wiedza o muzyce jest rozległa i rzetelna.

 

 

Potrafi, i dał tego dowody, wypowiedzieć się poza jazzem, w technice dwunastotonowej w postwebernowskim punktualizmie, w języku neoklasycznym i neobarokowym i gdyby chciał, mógłby zapewne napisać utwór w stylu palestrinowskim.

 

 

To muzykologia dała mu tak szerokie możliwości. Bardzo go szanuję właśnie za tę wiedzę i umiejętność świadomego komponowania.

 

 

Komeda jest jego przeciwieństwem. To intuicjonista. Mimo że potrafi komponować formę niesłychanie logicznie i konsekwentnie czyni to podświadomie. Pisze, a raczej planuje i potem realizuje z zespołem muzykę, którą można by nazwać muzyką podświadomie kontrolowanej ekspresji. Istotnym rysem osobowości Komedy jest rzadka, i w jazzie unikalna, umiejętność kształtowania potężnej ewoluującej dramaturgii, czegoś, co jest zaprzeczeniem jazzu.

 

 

Jazz ma zupełnie inny stosunek do czasu. Rzadko kiedy, słuchając go, słuchamy formy. Skupiamy uwagę na małych odcinkach, w których coś się dzieje. Resztę eliminujemy. Żeby wyobrazić sobie jaką jest ta muzyka, nie musimy słuchać całości. Nie trzeba siedzieć w klubie cały wieczór ani słuchać płyty do końca, by wiedzieć jak kto gra.

 

 

Jazz jest muzyką, w której granice prawdopodobieństwa zdarzeń muzycznych są ściśle nakreślone. Komeda tworzy formy proste z ekspozycją, kulminacją i rozwiązaniem. Inaczej Trzaskowski. Nie ulega pokusie wielkiej formy, jednak jego muzyka ma strukturę, bardziej niż jakakolwiek kompozycja Komedy. To nie powieść, jak u Komedy, ale erudycyjny traktat kompozytorski, w którym autor wypowiada się na temat stosowany w jazzie”.

 

 

 

 

 

Henryk Kluba

 

 

Siedzieliśmy z Henrykiem Klubą, który właśnie przestał być po kilku kadencjach rektorem Szkoły Filmowej, w moim domu pod Łodzią, przy kominku, i słuchaliśmy muzyki w wykonaniu zespołu pianisty jazzowego Oscara Petersona. Wspaniale sekundowali mu: na basie Ray Brown oraz gitarzysta Barney Kassel. Temat prowadził tenor Lester Younga.

 

 

Emitowane z głośników dźwięki gigantów jazzu umiejętnie zaaranżowały przestrzeń tego wieczoru.

 

 

Przypomniało mi się w tym momencie, że Henryk Kluba nie tylko lubił słuchać jazzu i wiedział na ten temat sporo, ale mimo że nigdy nie grał na fortepianie, naładowany był chęcią opanowania klawiatury do tego stopnia, że miał w domu narysowaną na ceracie klawiaturę, na której ćwiczył akordy. Gdyby nie to, że nos nie ten i zbyt skąpa fryzura, można by pomyśleć, że największym jego marzeniem była rola w Młodości Chopina. W każdym razie, kiedy tylko mógł, rozkładał na stole ten swój ceratowy fortepian i popisywał się wirtuozerią aktorstwa pianistycznego. Kiedy miał okazję siąść przy prawdziwym pianinie, już takiego entuzjazmu w jego postawie nie było.

 

 

W pewnym momencie Henryk Kluba rozpoczął dyskusję o jazzie. Był to monolog raczej, bowiem czuło się w emocjonalnym napięciu głosu Henryka nutę wypowiadania przemyślanych wcześniej kwestii na temat muzyki jazzowej. Potem okazało się, że także na temat Melomanów.

 

 

Tak to rozpoczął:

 

 

„Warto powspominać trochę o muzyce jazzowej w polskich filmach przedwojennych. Sporo płyt z muzyką do filmów Golda, Petersburskiego czy Kataszka, znajdowało się w obiegu, a jak sobie przypominam z historii filmu, w zespołach dixielandowych występowali nawet aktorzy. Właściwie nie było komedii muzycznej, żeby nie było jazzowego podkładu muzycznego.

 

 

Jazz jest muzyką rozrywkową, jeśli nie brać pod uwagę specjalnie eksperymentalnych utworów muzyki supernowoczesnej. Wiele najlepszych amerykańskich filmów ma muzykę bardziej lub mniej opartą na tematach jazzowych, a np. Gershwin dzięki swoim filmom wypromował wiele szlagierów jazzowych, które gra się na całym świecie do dziś.

 

 

Polska YMCA i jej działalność w zakresie popularyzowania jazzu, muzyki przecież amerykańskiej, uświadomiła polskiemu społeczeństwu, jak poważnym atutem jest poczucie wspólnoty ludzi, którzy uprawiali ten rodzaj muzyki.

 

 

Uświadomiła także specjalistom, komentatorom i badaczom muzycznym, jaka jest różnica między muzyką tzw. poważną a jazzem.

 

 

W praktyce, w trakcie rozwoju jazzu na świecie, różnice te nie są tak wielkie, ponieważ można z powodzeniem grać poważne utwory w zespołach jazzowych. Doskonałym przykładem jest Chopin, jakże pozornie daleki od jazzu. Bach w swoim rytmie właściwie jest gotowy do grania w rytmie na 4/4 z chorusami improwizowanymi.

 

 

To właśnie w YMCA, ludzie, słuchając płyt nagranych przez amerykańskie zespoły, uświadamiali sobie filozofię jazzu. Okres ten, moim zdaniem, nie jest wystarczająco doceniony w historii kultury polskiej. Melomani są tego doskonałym przykładem. Podświadomość nasiąknięta wartościami muzyki jazzowej, w bardzo krótkim czasie wydała obfite plony, bowiem przez to, że Melomani grali na zabawach tanecznych, a potem na estradzie jazz w pełni uświadomiony, zaowocowało tym, iż dziesiątki młodych muzyków doskonaliło swój warsztat. Po roku 1956 spowodowało to ogromną erupcję talentów jazzowych, dającą początek marszowi w kierunku dołączenia do najlepszych wzorów światowych w tym gatunku.

 

 

Nie przeszkodził rozwojowi jazzu w Polsce nawet stalinowski terror, który muzykę jazzową musiał jednak postrzegać jako trudną do jednoznacznego negatywnego zdefiniowania. Jazz czuł się wobec tego bardziej na wolności niż inne rodzaje sztuki. Było malarstwo socjalistyczne, muzyka masowa, literatura socrealistyczna. Nic takiego w jazzie nie miało miejsca.

 

 

Oczywiście jazz był dla doktrynerów komunistycznych synonimem zła i zgniłego imperializmu. Jednak doktrynerzy sami nie wiedzieli, co poza angielskimi tytułami utworów było takiego złego. Wystarczyło zmienić tytuł na polski i już ten sam temat muzyczny mógł okazać się nadzwyczajnie rozrywkowy dla każdego sekretarza partyjnego.

 

 

Czy sądzisz, że okres kiedy grali Melomani można zaliczyć do szczególnych?

 

 

To podkreślają artyści filmowi, których jazz zainspirował twórczo, np. Andrzej Wajda (Niewinni czarodzieje) czy Feliks Falk (Był jazz).

 

 

Jazz jako muzyka elitarna, ekskluzywna ma także swoje uzasadnienie w historii. Oczywiście, wielkie, wypełnione po brzegi sale koncertowe nie są czymś nienormalnym, ale nie ta idea kieruje jazzmanami. W Stanach Zjednoczonych od dawna na bankietach, parkietach, w salach i na skwerach, a szczególnie w filmach, królowała muzyka jazzowa. W naszym kraju ten ruch  muzyczny był w powijakach. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że od czasu do czasu w jakimś polskim filmie muzycznym, kręconym przed II wojną światową występuje muzyka taneczna, grana w stylu dixielandowym, to poziom tego był mierny.

 

 

Opowiedz o Szkole Filmowej…

 

 

Jak szybko młodzież filmowa zauważyła walory muzyki jazzowej, niech świadczy przyjęcie do własnego grona Melomanów. Mimo że tylko Matuszkiewicz, a po kilku latach Sobociński, studiowali w tej uczelni, a dopiero w roku 1954 dołączył do nich Wojciechowski, od samego początku, i tak jest do dziś, Melomani są kojarzeni jako zespół Szkoły Filmowej. Jak sądzę, w tym okresie młodzież w szkole myślała podobnie jak muzycy jazzowi z zespołu Melomani. Zresztą spora część młodzieży w Polsce także.

 

 

To był taki okres historyczny, w którym Roman Polański w hali bokserskiej WiMA w Łodzi, na wiecu, w czasie politycznej demonstracji, wyrzucił z mównicy działacza komunistycznego i gdyby nie interwencja porządkowych, działaczowi pewnie nieźle by się dostało. Działacz zresztą był studentem Szkoły Filmowej, ale należał do zwolenników komuny, wywodzących się głównie ze środowisk prowincjonalnych i do szkoły przyjmowanych za przekonania.

 

 

Dowodem na to, jakie poparcie społeczne miał jazz w Polsce, był Festiwal Młodzieży Świata w Warszawie w roku 1955, na którym wystąpiła angielska grupa Davida Burmana. Grali jazz tradycyjny, a na ich koncertach gromadziły się tłumy ludzi, gdziekolwiek występowali. Polskie Nagrania wydały po festiwalu płytę, na której po jednej stronie były pieśni Mazowsza, a po drugiej murzyńska muzyka ludowa w wykonaniu Davida Burmana. Oczywiście murzyńska muzyka była tylko przykrywką znakomitego stylowo jazzu Burmana.

 

 

Melomani, jak wiem, udziału w tej imprezie nie wzięli, ale „Dentox” Sobociński jako asystent operatora radzieckiego, który dokumentował imprezę, owszem.

 

 

Znalazł się nawet w ogromnym niebezpieczeństwie, nie z powodu miłości do jazzu, ale z powodu niedbałości asystenckiej. Zapomniał po prostu załadować kasety taśmą filmową, co spowodowało, że spora część festiwalu nie została utrwalona na filmie w radzieckiej kamerze. Radziecki bałagan był przyczyną, że filmowcy nawet tego faktu nie zauważyli. Na szczęście dla asystenta, twórca z Mosfilmu dowiedział się o tym dopiero w Moskwie, po wywołaniu zdjęć. Dzięki temu Szkoła Filmowa utrzymała w swoich szeregach młodego operatora, a Melomani nie stracili kolegi muzyka, który w innym przypadku spędziłby młodość w Gułagu z dala od rodziny i przyjaciół.

 

 

Byłeś jednym z tragarzy szafy u Polańskiego.

 

 

Polański nakręcił etiudę filmową Dwaj ludzie z szafą, w której osobiście kreowałem rolę jednego z dwóch tragarzy szafy. Kto widział ten wie. Polański już w trakcie zdjęć chodził jakiś markotny.

 

 

— Co jest — pytam — sam jestem reżyserem, więc wiem, że jak artysta jest markotny, to coś go gryzie.

 

 

— Chodzi mi po głowie podkład muzyczny — wyznał Polański.

 

 

— Muzykę zrobi Komeda — podpowiedziałem.

 

 

W rzeczy samej, temat ballady napisał Komeda i nagrał go na taśmę dźwiękową z przyjaciółmi ze Szwecji i Polski. Był to pierwszy film Polańskiego i pierwszy z sześćdziesięciu pięciu filmów Komedy. Żeby być w porządku z historią jazzu w Łodzi, Polański Komedę poznał w Szkole Filmowej na balu, na którym z Melomanami grał akurat Krzysztof Komeda.

 

 

Jak profesorowie traktowali Melomanów?

 

 

Rektor Szkoły Filmowej Jerzy Toeplitz chętnie uczestniczył we wszystkich imprezach jazzowych. Także wielu profesorów, np. Andrzej Munk, Antoni Bohdziewicz, Jerzy Mierzejewski i inni.

 

 

Jak wiem, dzięki Munkowi Melomani wypłynęli na szerokie wody. Jego siostra była pierwszą żoną Cyrankiewicza. Balowiczka pierwsza klasa. Za jej poręką, Melomani zagrali na prestiżowym balu w Instytucie Sztuki w Warszawie, po którym wszyscy działacze partyjni dowiedzieli się, że w Łodzi jest zespół Melomani, działa w Szkole Filmowej i nie wolno go ruszyć. Dodatkowego waloru sprawie dodaje fakt, że było to w roku, w którym właśnie umarł Józef Stalin. Stalin podobno na słowo jazz dostawał wysypki na całym ciele.

 

 

Artystyczna muzyka jazzowa mogła powstać w Polsce dopiero na przełomie lat pięćdziesiątych, dlatego że stworzyli ją, odwołując się do opinii Kisiela, «ludzie swoi». Takimi ludźmi byli członkowie zespołu Melomani. Zespół muzyczny, w skład którego wchodzili studenci łódzkiej szkoły filmowej: Jerzy Matuszkiewicz — operator, Witold Sobociński — operator, Andrzej Wojciechowski — producent oraz muzykolog Andrzej Trzaskowski, a także Witold Kujawski z Krakowa, stał się powszechnie uznanym zespołem jazzowym w Polsce, który w początkach lat pięćdziesiątych grał jazz świadomy. Tutaj przywołam cytat z mojej książki Podstawy inscenizacji, w której przytoczyłem wypowiedź Jewgienija Wachtangowa, znanego reżysera radzieckiego: «Świadomość nigdy niczego nie tworzy. Tworzy podświadomość, bowiem sztuka rodzi się w podświadomości. W sferze podświadomości może natomiast być przekazane tworzywo dla twórczości artystycznej drogą świadomą». Melomani jako pierwsi w Polsce zaczęli grać jazz świadomy. I to jest ich największy walor”.

 

 

Oscar Peterson ze swoim zespołem kończył ostatni utwór z płyty Goodbye J.D., paląca się w kominku olszyna emitowała czerwonożółte ciepło. Spotkanie było jak zwykle sympatycznie owocne.

 

 

Janusz Majewski

 

 

(wspomnienia reżysera zapisał Bohdan Dmochowski)

 

 

Reżyser filmowy Janusz Majewski z Melomanami spotkał się najwcześniej. Zanim jeszcze jazz wkroczył do Szkoły Filmowej Janusz Majewski studiował w Krakowie na wydziale architektury i uczestniczył w prywatnych koncercikach w mieszkaniach zamożnych krakowian. Szczególnie zapamiętane zostały w zapisach krakowskich dziennikarzy i literatów salony państwa Fersterów (syn objął po Piotrze Skrzyneckim Piwnicę Pod Baranami).

 

 

Janusz Majewski tak wspomina kontakty z Melomanami:

 

 

„Trąbkarz kultowej kapeli jazzowej Melomani Andrzej «Idon» Wojciechowski mówił mi, że miałem jak na tamte czasy, a były to lata pięćdziesiąte, wspaniały patefon w czerwonym kolorze. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś mu się pokręciło, potem przypomniałem sobie, że rzeczywiście taki patefon posiadałem, ale jakiej marki i skąd go wytrzasnąłem — do dziś nie potrafię powiedzieć. Gdzie to było? Na pewno nie w Krakowie, bo poznaliśmy się z Andrzejem dopiero w Szkole Filmowej. Może kupiłem go w jakimś komisie w Łodzi…?

 

 

Jazz w moim życiu pojawił się wcześniej niż «Idon» i ten anegdotyczny czerwony patefon. Gdy zaczynała się wojna, miałem 8 lat, a w naszym rodzinnym domu we Lwowie słuchało się muzyki poważnej. Wtedy nawet nie słyszałem nazwy "jazz". Moja rodzina przesiedlona została ze Lwowa do Krakowa w 1945 roku. Wkrótce potem zacząłem chodzić do «Sobieskiego», słynnego krakowskiego gimnazjum nr 3.

 

 

W 1946 roku zaczynały pojawiać się w krakowskich kinach filmy amerykańskie. Był jeszcze czas luzu, kiedy to nie tylko filmy, ale nawet prasa zachodnia dochodziła do Polski, między innymi redagowany po polsku «Głos Anglii».

 

 

Z moimi równolatkami, a mieliśmy po około 14–15 lat, jakby instynktownie lgnęliśmy do tych nowin z Zachodu. A już absolutnie nas porywał film Serenada w Dolinie Słońca z muzyką Glenna Millera. Puszczano też w kinie półgodzinne filmiki muzyczne, prezentujące amerykańskich wykonawców, takich jak Benny Goodman, Tomy Dorsey i kilka innych legend «amerykańskiej muzyki». Pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem na filmie Armstronga, który grał na trąbce w zespole Hot Seven. Tak wyglądały te moje pierwsze zachwyty jazzem.

 

 

Niestety, wkrótce zaczęło się dokręcanie śruby. Amerykańskie filmy znikały pod naporem radzieckich. Doszło do tego, że słuchało się wyłącznie jazzu z radiowego nasłuchu. Prezentował go legendarny Willis Conover w audycji «Music USA».

 

 

Potem była krótka era krakowskiego oddziału polskiej YMCA i przyjazd z Warszawy Leopolda Tyrmanda na pogadanki przy płytach jazzowych. To on poprowadził ostatni bal przed zlikwidowaniem przez władze klubu YMCA. Tyrmand zapowiedział wtedy występ big-bandu pod batutą fantastycznego saksofonisty jazzowego Kazimierza Turewicza. Świetnie swingowali jak na tamte czasy.

 

 

Jazz kształtował moją wrażliwość i gusta estetyczne w najdziwniejszych okolicznościach. Otóż kiedy jeszcze przed maturą wracałem z gimnazjum do domu ulicą Sienkiewicza, za każdym razem słyszałem kogoś ćwiczącego na klarnecie swingowe standardy. Okazało się, że tym klarnecistą był późniejszy znakomity muzyk i kompozytor jazzowy «Duduś» Matuszkiewicz.

 

 

Muszę też opowiedzieć o innym doskonałym muzyku, też rodem z Krakowa, Andrzeju Trzaskowskim. On także był uczniem gimnazjum «Sobieskiego», ale niżej o jedną klasę ode mnie. Patrzyłem więc na niego trochę z góry, choć chodziły słuchy, że to muzyczny talent. Kiedyś pełniłem na szkolnej imprezie funkcję konferansjera. Jednym z występujących w niej uczniów był właśnie Trzaskowski. Grał solo na fortepianie jazzowe standardy.

 

 

Zatem mogę po wielu, wielu latach pochwalić się tym, że byłem pierwszym człowiekiem na świecie, który zapowiedział występ fenomenalnego pianisty jazzowego Melomanów Andrzeja Trzaskowskiego i to zanim został pianistą tego zespołu. Te wszystkie zdarzenia, twarze i nowe dźwięki kształtowały mnie i moich rówieśników w kulcie dla pogardzanego przez oficjalną propagandę jazzu. Ale punktem zwrotnym w moim życiu było niemal mistyczne wydarzenie w nocy 2 listopada 1953 roku, kiedy do Krakowa przyjechali Melomani.

 

 

Grali wtedy: Jerzy «Duduś» Matuszkiewicz, Krzysztof Komeda-Trzciński, Witold «Dentox» Sobociński, Andrzej «Idon» Wojciechowski i oczywiście Andrzej Trzaskowski. Ich występ poprzedziła szeptana wieść, że gdzieś tam pod Kopcem Wawelskim, w szkole przy ulicy Królowej Jadwigi będzie koncertował sekowany przez reżimowe władze polski zespół grający słynne jazzowe standardy. Oczywiście nic nie mogło mnie powstrzymać przed udziałem w tym misterium. To było jakieś niesamowite konspiracyjno-mistyczne przeżycie i dla słuchaczy, i dla muzyków. Poczułem się jak chrześcijanin w starożytnych katakumbach. Nad sceną i widownią zawisła aura tajemniczości, ale też strachu. Prawda bowiem była taka, że w każdej chwili mogli się pojawić jacyś smutni panowie, by rozgonić całą imprezę, a nawet powsadzać nas za kratki. Ta jedna noc nasączona jazzowymi popisami Melomanów zrobiła ze mnie fanatyka tej «zakazanej» muzyki. Po latach mogę powiedzieć, że te krakowskie jazzowe Zaduszki zaważyły na moich późniejszych życiowych i zawodowych wyborach. Wyznaczyły krąg moich przyjaciół, najpierw w Krakowie, a potem na studiach na wydziale architektury i w łódzkiej Szkole Filmowej. Tam z Melomanami miałem kontakty także koleżeńskie. To oni grali na balu gałganiarzy, podczas którego Romek Polański nakręcił słynną etiudę filmową Rozbijemy zabawę.

 

 

Zabawy w szkole z Melomanami to osobny rozdział i to tak barwny, że można by nakręcić całkiem niezłą komedię muzyczną. Chciałbym podkreślić słowo barwny, ponieważ na jednej z zabaw wystąpiłem przebrany za samobójcę, byłem spowity w bandaże i do tego polewałem się czerwonym atramentem z pistoletu-sikawki. Panienki jak mnie zobaczyły o mało nie umarły ze strachu. Ja byłem w beznadziejnej sytuacji, bo jak tu tańczyć w tych bandażach, do tego ociekając czerwoną cieczą. Efekt był taki, że zrzuciłem z siebie jarzmo samobójcy i panienki jak mnie zobaczyły umierały już nie ze strachu, ale z zachwytu”.

 

 

 

 

 

NIEWINNI CZARODZIEJE

 

 

Ten rozdział stanowi próbę podsumowania wydarzeń, w czasie których jazz w Polsce powstał i się rozwijał. Melomani już zrobili swoje, teraz młodzi muzycy zapełnili estrady i grali jazz na bardzo zbliżonym do europejskiego poziomie. Jerzy Matuszkiewicz, Andrzej Trzaskowski i pozostali Melomani zajęli w historii jazzu stosowne miejsce i właściwie okres powstania i rozwoju muzyki jazzowej w Polsce, tzw. katakumb, w którym rej wiedli Melomani, można uznać za zamknięty. Pałeczkę przejęli tacy następcy, jak Zbigniew Namysłowski, Jan „Ptaszyn” Wróblewski i inni. Wtedy właśnie Andrzej Wajda nakręcił film Niewinni czarodzieje z muzyką Krzysztofa Komedy, opisujący środowisko młodzieży, dla której jazz był w pewnym sensie sposobem na życie. Był rok 1960 i właśnie w końcu lat pięćdziesiątych XX wieku Jerzy Andrzejewski i Jerzy Skolimowski przynieśli Andrzejowi Wajdzie scenariusz o jazzmanach.

 

 

Warto w tym miejscu zauważyć, że muzyka jazzowa nadal nie była dobrze widziana przez władzę ludową, jako że zdaniem ówczesnego I sekretarza komunistycznej partii, kapitalistyczny jad sączony w rytmie bluesa, zamulał umysły młodych Polaków, którzy powinni zajmować się pracą na rzecz socjalizmu. Poza tym, towarzysz Gomułka dostawał wypieków, kiedy słyszał angielski język wokalistek jazzowych. Zaplutą muzykę imperializmu. Andrzej Wajda zrobił już: Pokolenie, Kanał, Popiół i diament i Lotną, co oczywiście spowodowało sporo rozmów w cenzurze, ale to była przeszłość. Młodzi, jak uważali ideolodzy komunistyczni, odbili się już po wojennej biedzie od czasów, w których fascynowały kanały pełne krwi i błota, a także walka podziemna. Oczywiście Czerwone maki na Monte Cassino, grane w knajpach do tańca jako tango, wywoływały ostry sprzeciw patriotów wojennych, ale agitatorzy partyjni uznali, że sprawa jest passé i nie warto się nią zajmować.

 

 

Andrzej Wajda też uznał, że nadeszła pora, by odetchnąć od martyrologii wojennej i powstań. Dał się namówić na temat, jak mu się wydawało, łatwy, lekki i przyjemny, czyli film o młodzieży zafascynowanej jazzem.

 

 

Jerzy Skolimowski, który doskonale znał środowisko jazzmanów, zarówno muzyków, jak i fanów, i sam zresztą gorąco kibicował Komedzie oraz Jerzy Andrzejewski, literat i wprawiony już scenarzysta filmowy — pojawili się z pomysłem Niewinnych czarodziei. Przedstawili Wajdzie swój koncept, jednak reżyser nie do końca go zrozumiał.

 

 

Andrzej Wajda specjalnie jazzem się nie interesował. W Szkole Filmowej, jak sam mówił, nie pił wódki ani nie przychodził na wieczorki z udziałem Melomanów. Nagle musiał zmierzyć się z materią specyficzną i trudną, niepoznaną dogłębnie. Ale nikt inny z młodych reżyserów, a przecież w tamtych czasach było sporo zdolnych twórców, tego tematu nie ruszył. Dlaczego? To jest dobre pytanie.

 

 

Stefan Kisielewski wypowiedział wspominane już słowa o jazzie jako o sitwie, której nikt oprzeć się nie jest w stanie. Wajda i tym razem okazał się artystą nadzwyczajnie wrażliwym i „sitwie” nie mógł się oprzeć. Musiał taki temat podjąć.

 

 

A że nie było łatwo, niech świadczy fakt, że do roli głównego bohatera, inżyniera, który marzy, aby zostać perkusistą jazzowym, najpierw próbował zaangażować Gustawa Holoubka. Trudno sobie wyobrazić Holoubka jako nerwowego perkusistę jazzowego. Na szczęście skończyło się na Tadeuszu Łomnickim, a powinno na Janie Machulskim, który (mało kto wie) potrafił grać na perkusji.

 

 

W filmie, w epizodycznych rolach, wystąpiła cała plejada ówczesnych jazzmanów, co nadało filmowi historyczną autentyczność. Oczywiście na jednym z ujęć w tle widnieje także postać Henia „Melomana”, jako znak czasu. Pokazani tam młodzi ludzie są ładni, czyści, dobrze ubrani. Jeżdżą na skuterach Lambretta, dyskutują na bardzo mądre i trudne intelektualnie tematy. Do tego piękne, barwnie ubrane dziewczyny, estetycznie jedzące makaron itd.

 

 

Był rok 1960, a więc kilka lat po Festiwalu Młodzieży w Warszawie i po Festiwalu Jazzowym w Sopocie. Z uniwersytetów wyszły kolejne roczniki studentów, Polska wprawdzie nie rosła w siłę, a ludziom jeszcze nie żyło się dostatnio, ale było jako tako i bardziej kolorowo. W środowisku jazzowym jak zawsze wesoło.

 

 

Andrzej Wajda, robiąc ten film, nie był jednak świadomy tego, że cenzura zareaguje na jego nowy obraz aż tak żarliwą krytyką. Młodzi w owym czasie często spoglądali na Zachód i teraz ważne było, jak się w Europie ludzie ubierają, jak rozmawiają, jak się bawią i jakiej muzyki słuchają.

 

 

Kabaret Starszych Panów, kultowy tygodnik „Przekrój”, literatura Mrożka, malarstwo nowoczesne, to były sprawy, wokół których skupiało się zainteresowanie ludzi zaprzyjaźnionych z jazzem.

 

 

Frenetyczne przyjmowanie Melomanów w barakach budowniczych Pałacu Kultury przy ul. Emilii Plater w Warszawie, w początkach lat 50., zatoczyło szerokie kręgi na rozlewisku rozwoju kultury. Może nie każdy rozumiał muzykę jazzową, ale wielu ją czuło.

 

 

Andrzej Wajda na jednym ze spotkań powiedział, że Wesele, które zrealizował, nabrało rytmu i blasku, kiedy Witold Sobociński, operator filmu, ale też perkusista i puzonista Melomanów, usłyszał muzykę i rytm tańczących weselników. „Poczuł” feeling i zatańczył z kamerą filmową ludowego swinga z weselnikami. Tego feelingu właśnie Wajda nigdy nie miał. Jest niemal pewne, że „melomańskie nawarstwienia” u „Dentoxa” Sobocińskiego odezwały się właśnie w trakcie kręcenia filmu. Każde dzieło sztuki powstaje w podświadomości artysty, ale dopiero jeśli wykorzystana zostanie wiedza świadoma, powstaje dzieło wielkie.

 

 

Nie wszyscy jednak byli „niewinnymi czarodziejami”. Czytaliśmy również takie opinie, wypowiadane publicznie w magazynach tygodniowych, jak np. tekst Romana Śliwonika we „Współczesności” Rudowłose i saxofony, który opisywał Jazz Camping na Kalatówkach jako zlot debili-muzyków okraszony paroma inteligentami z „Przekroju”. Artykuł wyglądał na zlecony przez odpowiednie służby, które wysłały Śliwonika, aby tendencyjnie zarejestrował zabawy i hulanki młodych ludzi. Na przykład Andrzej Dąbrowski, świetny perkusista i wokalista, strzelając na Kalatówkach z kapiszonów na wiwat, od razu zaliczony został do idiotów jazzowych, a nie tych inteligentniejszych z „Przekroju”. Co więcej, Śliwonik pozwolił sobie na doskonałe rady, aby z jazz campingu utworzyć rodzaj obozu dla pionierów socjalistycznych, gdzie uczono by muzyków, jak żyć, aby Polska rosła w siłę i ludziom żyło się dostatniej. Koncept ten był w pojęciu Śliwonika dziełem jego życia.

 

 

 

 

 

AKT OSKARŻENIA

 

 

Renomowany łódzki adwokat, Stanisław Maurer, znawca oraz miłośnik muzyki jazzowej, co więcej, bezpośredni uczestnik życia jazzowego w Łodzi, podczas działalności Melomanów w okresie „katakumb” napisał specjalnie dla zwieńczenia tej książki pięciopunktowy, ironiczny akt oskarżenia, zaczynając tak:

 

 

Oskarżam zespół Melomani o to, że:

 

 

1. Ani razu nie zatrąbili na cześć przyjaźni polsko-radzieckiej.

 

 

2. Urzeczeni zgnilizną moralną Zachodu odciągali młodzież od budownictwa socjalistycznego.

 

 

3. Bezprawnie wymazywali szare kolory naszej rzeczywistości dowodząc, że jazz jest radosnym czasem ubarwionym melancholią, lekiem na całe zło.

 

 

4. Szargając tradycję porzucili nuty, grając ze słuchu i doprowadzali młodzież do tanecznego amoku.

 

 

5. Bez zezwolenia władzy ludowej wprowadzali do obiegu kulturowego improwizację, tym bardziej naganną, że pilnowała rytmu, nie gubiła melodii i nigdy nie ciągnęła się w nieskończonoś

 

 

 

 

 

POSŁOWIE

 

 

Od tego czasu upłynęło sporo wody w Wiśle, ale trudno oprzeć się wrażeniu, iż zorganizowany w 2006 r. w Warszawie festiwal „Niewinni Czarodzieje”, jest w pewnym sensie kontynuacją ruchu społeczno-kulturalnego młodzieży po roku 1956 w Polsce.

 

 

W Warszawie znany już pisarz Leopold Tyrmand miał zasługi dla ruchu młodzieżowego zwłaszcza w YMCA, również poważny dorobek w tej materii miało środowisko YMCA w Łodzi, gdzie animatorem był Janusz Cegiełła. Łódź w pierwszych latach po wojnie stanowiła centrum życia kulturalnego w Polsce.

 

 

Melomani, jako klub związany z YMCA, po 1947 roku mieli w Łodzi do dyspozycji teatry i sale koncertowe oraz lokale rozrywkowe, czego w zniszczonej Warszawie nie było. Stanowiło to ogromny walor i powód, by do Łodzi zjechali również warszawscy artyści. Łódź była wtedy stolicą polskiej kultury. Pod każdym względem. „Niewinni czarodzieje”, jeśli już posługiwać się tym terminem, nie narodzili się na festiwalu w Warszawie w roku 2006. Stało się to wiele lat wcześniej.

 

 

Jednak wracając jeszcze pamięcią do początku lat pięćdziesiątych, nie sposób nie przywołać postaci, które swoją kolorową działalnością twórczą odcisnęły piętno na świadomości ówczesnej młodzieży. A byli to m.in.: Barbara Hoff — żona Leopolda Tyrmanda, kreatorka mody w „Przekroju” (wszystkie młode dziewczyny wzorowały się wtedy na modzie, jaką tworzyła), Jerzy Skolimowski — przyjaciel Komedy, i Agnieszka Osiecka, którzy studiowali wtedy w Szkole Filmowej w Łodzi razem z Polańskim. Muzykę jazzową popularyzowali Melomani. To oni, wśród innych, stanowili gniazdo „niewinnych czarodziei”.

 

 

Można postawić śmiałą tezę, że „substancja niewinnych czarodziei” zawiązała się na plaży w Ustroniu Morskim w roku 1952, gdzie grali Melomani, skupiając wokół siebie grono artystycznie uzdolnionej młodzieży. Z tych właśnie ludzi utworzyła się znana na całym świecie polska szkoła filmowa. Dalszy rozwój zdarzeń: w następnym roku, 1953, w sali gimnastycznej „Kolejarza” przy ulicy Foksal, gdzie grali Melomani, pokazał się po raz pierwszy wspominany już Henio, wyjątkowo jazzowo roztańczony chłopak, który od nazwy zespołu dostał ksywkę Henio „Meloman” i przeszedł do historii zarejestrowany w kadrze filmu Niewinni czarodzieje. Widać go obok Polańskiego i Łomnickiego. A nikt nawet nie wie, jak naprawdę nazywał się Henio „Meloman”.

 

 

W roku 1960 zarówno przed filmem, jak i po filmie, ci sami młodzi ludzie wraz z kolegami i koleżankami tłoczyli się w kultowej kawiarni Honoratka w Łodzi.

 

 

Kiedy Wajda robił film Niewinni czarodzieje wszyscy zadawali już szyku, dziewczyny okupowały stoiska z ciuchami Barbary Hoff, każdy wiedział, co znaczy Hoffland.

 

 

Za wzór elegancji uchodzili pianiści jazzowi: Wojtek Karolak i Andrzej Trzaskowski. Niestety, w pojęciu władzy ludowej dobrze ubrany facet musiał być wrogiem ludu. Dyskryminowano delikwenta, nagłaśniając w publikatorach, że ubiera się jak bikiniarz. Tak było z Tyrmandem.

 

 

Bikiniarzami byli ludzie raczej prości, niewykształceni, ubierający się w samodziałowe, jaskrawe kolorystycznie, kraciaste marynarki z szerokimi ramionami, wąskie, przykrótkie spodnie i buty na grubej podeszwie gumowej. Do tego krawat z rysunkiem frywolnie rozebranej panienki. Na głowie fryzura-szopa, zaczesana do tyłu na jaskółcze gniazdo i usztywniona rozpuszczonym w wodzie cukrem. Pierwsi muzycy rockandrollowi w USA tak się mniej więcej nosili. „Niewinni czarodzieje” byli przeciwieństwem bikiniarzy. Tyrmand nigdy nie był bikiniarzem, choć w gazetach warszawskich wielokrotnie określano go tym mianem. Tyrmand był „niewinnym czarodziejem”. Środowisko bikiniarzy opisał w Złym. Bohater książki, Atom, był właśnie bikiniarzem.

 

 

Kalendarz zdarzeń nie jest przypadkowy.

 

 

Po lecie 1952 roku w Ustroniu Morskim, w roku 1954 w Polsce głośnym echem odbił się cykl koncertów „Zimno i gorąco” z udziałem zespołu Melomani i Leopolda Tyrmanda. W roku 1960 Andrzej Wajda realizuje Niewinnych czarodziei, w roku 1981 Feliks Falk reżyseruje film o Melomanach Był jazz. Nawet w okresie stanu wojennego w Polsce jazz żył na wolności. W Łodzi staraniem Muzeum Historii Miasta oraz Pomorskiego Oddziału Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego w 1982 roku założone zostało Polskie Archiwum Jazzu. Odbyła się ogromna feta z udziałem gości zagranicznych i całej śmietanki jazzowej kraju. Na otwarcie przybył Willis Conover. Archiwum zorganizowało Międzynarodowy Festiwal Filmów Jazzowych. Zwyciężył na nim francuski film Lettre à Michel Petrucciani.

 

 

W następnym roku na międzynarodowy konkurs na plakat jazzowy nadesłano ponad 100 doskonałych plakatów z całego świata.

 

 

Naturalną kontynuacją historyczną jest zorganizowany w 2006 r. w Warszawie Festiwal Niewinnych Czarodziei, na którym wielokrotnie wspomina się zespół Melomani. Oczywiście w tle pojawia się Henio „Meloman”. Jest ciągłość.

 

 

Tyrmand był animatorem i fanem jazzu, ale największe pole do popisu dawali mu właśnie Melomani z Łodzi. To Melomani i Tyrmand popularyzowali jazz na dziesiątkach koncertów we wszystkich miastach w Polsce. Cykl pt. „Zimno i gorąco” cieszył się taką popularnością, że Melomani grali po trzy koncerty dziennie. Bardzo pomogły w zdobyciu popularności spotkania w prywatnych domach bogatych mieszczan w Łodzi i w Krakowie, a także bale w Szkole Filmowej.

 

 

Ponieważ wszyscy muzycy tego zespołu studiowali, na doskonalenie muzyczne nie było zbyt wiele czasu, a co za tym idzie, nie wszyscy rozwijali się wystarczająco szybko. Poza tym we współczesnym świecie bardzo ważna jest umiejętność komunikowania się, inteligencja emocjonalna i zdolność do pracy w zespole. Jak długo system tych wartości w zespole Melomani działał, wszystko układało się dobrze. W chwili, gdy zapotrzebowanie na wartości zaczęło się różnicować, zespół zaczął się konfliktować. W miarę upływu czasu Melomani poróżnili się w poglądach na muzykę jazzową. Trzaskowski był pianistą nowoczesnym, Matuszkiewicz też chciał grać nowoczesny jazz, Sobociński na perkusji również mógł grać nowocześnie, natomiast trąbka, puzon i Studziński na perkusji nie nadawali się do tej roboty.

 

 

Nie wszyscy potrafili również biegle czytać nuty. Nowoczesne, coraz trudniejsze aranże Trzaskowskiego trudno było zagrać, a co więcej, nauczyć się ich na pamięć. Finał był taki, że na festiwalu w Sopocie wspólny występ miał miejsce po raz ostatni. Zespół jazzowy Melomani przestał istnieć. Już nigdy więcej razem nie wystąpili.

 

 

Słuchając płyt z koncertu festiwalowego, który był także konfrontacją poziomu muzycznego i zapisem rozumienia jazzu w Polsce, słychać różnicę pomiędzy jazzmanami z Warszawy, Krakowa, Gdańska czy Poznania a Melomanami. Różnica na korzyść Melomanów była znaczna.

 

 

Komeda zrobił furorę nowoczesnym jazzowym podejściem do Bacha, dzięki temu został zapamiętany. Dla Melomanów jako zespołu historia zatoczyła koło. Był rok 1956.

 

 

Na koniec z pełną odpowiedzialnością można jednak powiedzieć, że w 1956 roku w Sopocie, Festiwal Jazzowy mógł uroczyście otworzyć tylko Leopold Tyrmand. I nikt inny, tylko Melomani, zespół, który od roku 1952 prezentował świadomy jazz, mieli prawo zagrać sygnał otwarcia Swanee River.

 

 

To był jazz!

 

 

 

 

 

Coda

 

 

Tworząc tę książkę założyłem plan opisania skomplikowanych czasów oraz opowiedzenia o nich czytelnikowi. Czasy działania Melomanów to coś znacznie większego od zespołu kilku muzyków jazzowych, to raczej świat młodych Polaków tworzących np. studenckie Teatry Satyryczne. Rozwój w opisywanych czasach był komplikowany urojonymi, jak się po latach okazało, założeniami ideologów socjalistycznych, dla których wszystko musiało być materialistyczne oraz socjalistycznie świadome. Do dziś nikt nie wytłumaczył nam, na czym zasadzali swoje teorie marksistowscy uczeni, ale kiedy ocenia się ich z perspektywy lat, okazuje się, że sami wpadli w pętlę niedorzeczności i to w każdej dziedzinie nauki i życia.

 

 

Próbowałem opisać coś, czego opisać się właściwie nie da. Nic dziwnego, że Polacy po upływie czasu i po absolutnej zmianie percepcji zjawisk politycznych, gospodarczych i socjalnych nie są w stanie wyobrazić sobie bezmiaru bezsensowności codziennego borykania się z bytem i świadomością w okresie opisywanym w książce. Również autor, a także wszyscy cytowani w książce rozmówcy także nie mogą tego pojąć, a przecież odczuwali to na własnej skórze.

 

 

Wydaje się jednak, że dzięki spojrzeniom z różnych stron na te same zdarzenia udało się opanować materię, w której się poruszaliśmy.

 

 

Wnuczek Maciek może zadać pytanie: Jak to było, że w sklepach opłacało się sprzedawać wyłącznie musztardę i ocet? Ciekawe, który dziadek ma na takie pytanie mądrą i jasną odpowiedź.

 

 

Jeśli czytelnik, czytając książkę, zauważył niezwykłość istnienia w tym samym czasie dwóch różnych światów, bytujących na wspólnym obszarze ziemi, zwanym Polską, to znaczy, że zrozumiał, że obok octu i musztardy mieliśmy także na rynku intelektualnym takie zjawisko jak jazz i całą strukturę z tym związaną.

 

 

Czy to się rzeczywiście udało? Oby.

 

 

 

 

 

Menu zespołu Melomani

 

 

Jerzy Matuszkiewicz sax. tenor — operator filmowy, kompozytor, autor wielu polskich przebojowych piosenek oraz muzyki filmowej. Przez dziesięć lat mieszkał na parterze kamienicy przy ulicy Kopernika w Łodzi, mając za sąsiada z przeciwka konia ustawionego na lecznicy weterynaryjnej, opisanego w Kwiatach Polskich przez Tuwima.

 

 

Andrzej Trzaskowski fortepian — kompozytor muzyki filmowej, dyrektor orkiestry radiowej Polskiego Radia w Warszawie. Hrabia oryginalny z dobrej krakowskiej rodziny. Swoją niechęć do socjalizmu wyrażał niezmiennie, nie robiąc jednak z tego powodu awantur w lokalach rozrywkowych.

 

 

Andrzej Wojciechowski trąbka — filolog rosyjski, dziennikarz, producent filmowy. Pilot szybowcowy i żeglarz. W sporcie szermierz w kadrze słynnego trenera Keveya.

 

 

Witold Sobociński puzon i perkusja — operator filmowy, zdobywca wielu nagród artystycznych, w młodości zdobywca tytułu Mistrza Polski w koszykówce.

 

 

Alojzy Thomys sax. alt i banjo — kompozytor i koncertmistrz w orkiestrze symfonicznej w Katowicach. Solidnie wyszkolony śląski muzyk. Lepiej mówił po niemiecku niż po polsku. Zapewne określiłby się jako Ślązak.

 

 

Antoni Studziński perkusja — malarz i grafik komputerowy. W słynnym kabarecie Wagabunda, prowadzonym przez Marię Koterbską i Irenę Wysocką grał na perkusji. Parzył najlepszą kawę. Po rozstaniu się z kabaretem produkował kalendarze reklamowe w fabryce broni w Łodzi, zwanej dla niepoznaki WIFAMA.

 

 

Witold Kujawski kontrabas — organizator imprez artystycznych. Facet, który dał początek kolażom na kopertach listów, które wysyłali do siebie Melomani, a co następnie z powodzeniem podjęła noblistka Wisława Szymborska, miłośniczka jazzowych wykonań Elli Fitzgerald.

 

 

Andrzej Idon Wojciechowski

 

 

Koniec

 

 

 

 

 

 

 


To był jazz - książka Andrzeja Idona Wojciechowskiego cz. V ostatnia komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się