:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  12°C bezchmurnie

Z pamięci najemnika (8) - Rzym´85

publicystyka, pamięci najemnika Rzym´85 - zdjęcie, fotografia

Rok 1985. Był piątek wieczór, zadzwonili do mnie z biura NBC z informacją, że następnego dnia mam lecieć do Rzymu i pracować przez cały tydzień dla porannego programu „Today Show”. Miałem wziąć ze sobą garnitur i rano stawić się po odbiór Wielkanocnego koszyka, przeznaczonego jako prezent dla Papieża. Szkopuł był w tym, że jedyny garnitur jaki kiedyś miałem sprzedałem zaraz po ślubie a tym, co mogło przypominać odświętny strój była jeszcze nigdy nie założona przeze mnie niebieska marynarka i granatowe Wranglery, na szczęście ze zwykłej bawełny a nie jeansowe. Następnego dnia zaprezentowano mi koszyk po czym rozmontowano go dla potrzeb transportu na pokładzie samolotu. Osobno bazie, osobno ciasta, osobno malowane jajka itd. Były też małe kurczaczki do zamontowania na wiklinie, z której zrobiono koszyk.

Po przylocie do Rzymu dowiedziałem się, że to był pomysł wiceprezydenta NBC, niestety już teraz nieżyjącego Tima Russerta, który chciał, żeby polski pracownik NBC nie dość, że przyjechał z prezentem ale aby poprosił Jana Pawła II w czasie audiencji, żeby zaśpiewał po polsku z chórem z Filadelfii, który miał być drugim uczestnikiem wydarzenia obok grupy z NBC. No tak po prostu, hej Ojcze Święty, zaśpiewaj z nimi!

Wiedziałem, że mam przechlapane. Dzień później, w wigilię naszej prywatnej mszy i audiencji z Papieżem mój kolega spotkał dawno niewidzianego operatora z konkurencyjnej telewizji, który sporo czasu spędzał w ogarniętym walkami Libanie. Zaprosiłem obydwu na kieliszek Poloneza do mojego pokoju. Kiedy w końcu mnie opuścili około 4. nad ranem, po opróżnieniu dwóch butelek (sic!) uświadomiłem sobie, że za dwie godziny muszę być gotowy do wyjazdu a koszyk w polu! Natychmiast zabrałem się za złożenie prezentu zgodnie ze wskazówkami moich przyjaciół z warszawskiego biura. Nie było to łatwe, ciasta od Bliklego przemoczyły papier, w które były zapakowane, jedno jajko mi upadło i lekko się stłukło więc obróciłem je na drugą stronę, najgorsze były małe kurczaczki. Ich druciane nóżki łamały się przy każdej próbie zagięcia na wiklinowych gałązkach! Śmiałem się na głos z siebie, myśląc o sytuacji, w której ktoś mógłby mnie zobaczyć. Lekko podpity facet przygotowuje koszyk dla Papieża!

Już dwie godziny później stałem dwa metry od Niego, przygotowując się do prośby o wspólny śpiew. Próbowałem sobie powiedzieć, że to tylko starszy pan, którego mogłem spotkać w kolejce po mięso. I opieprzyć, że się przepycha. Ale nie dało się, była jakaś niesamowita aura, bijąca od Papieża, taka, że nawet ja, niezbyt wierzący miał ściśnięte gardło. Po mszy udaliśmy się na audiencję, chór śpiewał a ja nadal nie mogłem wymyślić sposobu na odezwanie się do Jana Pawła II. W pewnym momencie główny prowadzący „Today Show”, czarnoskóry Bryant Gumbel zaprezentował Papieżowi „mój” koszyk mówiąc, że to dla Niego z Polski. Na to Papież spytał, czy to on go przywiózł. Bryant odpowiedział, że to NBC. Wtedy poczułem, że to moja kolej i w momencie, kiedy sekretarz Papieża już go kierował do wyjścia krzyknąłem: Ojcze Święty, to ja przywiozłem go z Polski! Na co Jan Paweł II odwrócił się do mnie i powiedział: Ach to Pan przywiózł, i dał znak krzyża.

Nie jestem pewien, czy pozwolili mu konsumować skądinąd przepyszne ciasta, ale misję wypełniłem. Wiceprezydent NBC był cały w skowronkach bo właśnie o to mu chodziło, o wymianę zdań po polsku pomiędzy Papieżem a członkiem ekipy. Później musiałem nawet udzielić paru amerykańskim gazetom wywiadów, w których pominąłem oczywiście okoliczności związane z szykowaniem koszyka. Reszta tygodnia upłynęła na przygotowaniach do porannego programu na żywo, dużo ciężkiej pracy a jedynymi posiłkami w ciągu dnia były hamburgery z McDonalda albo Pizza Hut. Na szczęście nadszedł dzień, w którym wszyscy mieli wolny wieczór a dodatkową okazją do wspólnej i z pewnością przepysznej kolacji były urodziny naszej kolumbijskiej montażystki Marii. Ponieważ chwaliła się swoją znajomością włoskiego, wszyscy korzystali z jej pomocy przy wyborze dań. Ja poprosiłem o największy możliwy stek wołowy. Kiedy mój sąsiad z przeciwka dostał swoje danie ucieszyłem się bardzo, bo na talerzu miał co najmniej 400 gramowy kawał grillowanego mięsa. Jednak kiedy pojawiło się moje danie ogarnęła mnie rozpacz. Okazało się, że Maria popełniła błąd i zamiast oczekiwanego steka dostałem gotowany plaster wątróbki, polanej jakimś nieokreślonego koloru sosem! Na szczęście Alvaro, nasz drugi montażysta, pochodzący z mariażu Urugwajczyka z Włoszką a będący w swoich gabarytach połową mnie, podzielił się swoją porcją. Niebo w gębie! Teraz już usatysfakcjonowany zamówiłem, niestety również z pomocą Marii jak największą możliwą kawę. Co mogło pójść nie tak? Okazało się, że każdy dostał swoją większą czy mniejszą a ja na końcu najmniejszą kawę na świecie! W filiżance z domku Barbie… Wszyscy mieli sporo ubawu, ja może trochę mniej i obiecałem sobie więcej nie korzystać z lingwistycznych usług Marii.

A teraz przeskoczę w czasie do pamiętnej nocy sylwestrowej roku 2000. Wszyscy bali się problemów z komputerami itd. Syndrom 2000. Byłem wtedy w Moskwie i zostałem wysłany razem z moim rosyjskim przyjacielem z biura ABC News na zdjęcia na stacji metra. Miałem filmować moment, kiedy zegar przekracza godzinę 12. i metro staje! Nic takiego oczywiście się nie zdarzyło ale był to jeden z nielicznych Sylwestrów, kiedy wypiłem toast nie szampanem a Coca Colą z puszki, w towarzystwie Andrieja, na peronie stacji metra w Moskwie. Na koniec troszkę spóźnione życzenia Noworoczne i jak najmniej toastów oranżadą dla wszystkich szanownych Czytelników moich wypocin! Wasz korespondent nie zawsze wojenny.

Maciej Bugajak - operator filmowy
Foto ze zbiorów autora

 

 


Z pamięci najemnika (8) - Rzym´85 komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się