:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  -6°C bezchmurnie

Z pamięci najemnika (9) - „Olimpiada z cytrynówkąˮ - korespondencja własna Macieja Bugajaka z Korei

publicystyka, pamięci najemnika „Olimpiada cytrynówkąˮ korespondencja własna Macieja Bugajaka Korei - zdjęcie, fotografia

Wasz niekoniecznie już wojenny korespondent pisze te słowa z Korei Południowej, mając nadzieję, że groźny dyktator z Północy nie zakończy naszego żywota, wciskając słynny guzik, chociaż jesteśmy tylko drobnym pyłkiem w obliczu katastrofy. Ale jak to czytacie to przeżyłem, przynajmniej do momentu wysłania artykułu. To już moja szósta Olimpiada.

Pierwsza to Ateny. Przyjechałem dość wcześnie przed otwarciem i wszędzie widziałem bałagan związany z pracami przygotowawczymi, wieszczono klęskę, że nie zdążą. Tymczasem w dniu inauguracji wszystko było gotowe! Naprawdę Grecy się postarali. Zbudowali przepiękne stadiony ale potem się okazało, że zapożyczyli się na ogromne sumy i większość obiektów po Olimpiadzie stoi pusta, rdzewieje i zarasta. Z ciekawostek pozasportowych pamiętam powrót pierwszego wieczora do naszego małego miasteczka na wybrzeżu. Było już bardzo późno, po 22 wieczorem a ja oczywiście wściekły bo głodny! Mój towarzysz niedoli mnie uspokajał, że na pewno coś znajdziemy. Wybraliśmy się na pobliski deptak, gdzie okazało się, że parę restauracji jest jeszcze czynnych. Chwała Bogu, pomyślałem licząc przynajmniej na jakąś sałatkę i piwo. Pomimo braku gości, byliśmy jedyni, kuchnia pracowała pełną parą! Bardzo szczęśliwy zamówiłem szaszłyki z grecką sałatką oraz piwo. Ku mojemu zdumieniu, razem z bursztynowym napojem okraszonym obfitą białą pianą pojawili się kolejni klienci, część z nich z kilkuletnimi dziećmi. Okazało się, że 23 to normalna godzina na wieczorny posiłek, który zwykle  trwa do pierwszej a nawet drugiej w nocy. Dzieciaki harcowały wśród rozbawionych winem i ouzo rodziców, u nas nie do pomyślenia! Taki mamy klimat :) Po kilku wieczorach zaprzyjaźniłem się z kucharzem, który obsługiwał  pionowego grilla. Na kolejnych rusztach były różne rodzaje szaszłyków, które mój nowy przyjaciel dawał mi do spróbowania. Ale zawsze omijał górną szpilkę, wyglądającą jednak nie mniej apetycznie. Zagadnięty odpowiedział, że to danie cieszy się małą popularnością wśród cudzoziemców. Po czym odkroił mi mały kawałek. Mięso było bardzo fajnie doprawione ale nie zaryzykowałbym określenia z jakiego zwierzęcia. Okazało się, że spróbowałem roladę z wnętrzności barana! No cóż, może nie zamówiłbym sam z siebie ale danie jak najbardziej, dzięki marynacie i przyprawom do skonsumowania. Następne Igrzyska to zimowy Turyn. Naszym hotelem był Novotel na peryferiach miasta. Pierwsza kolacja, mój angielski przyjaciel zamówił spaghetti vongole czyli makaron z małżami w małych muszelkach. Dostał talerz, w którym były tylko puste muszelki, bez skorupiaków! Spytaliśmy kelnera gdzie są vongole, ten odpowiedział „sorry, finished”. Czyli się skończyły. Dlaczego podali danie skoro nie mieli produktu? Okazało się, że Turyn to nie jest miejsce dla smakoszy. Znalazłem tylko jedną restaurację, w której jadłem ciągle to samo danie, czyli spaghetti aglio & olio, trudne do spieprzenia, chociaż w innych turyńskich knajpach im się to udawało, A to tylko makaron z oliwą i czosnkiem, w Turynie  jednak potrafili to zepsuć! Teraz najlepsze. Byliśmy zaproszeni do podobno wybornej restauracji w Turynie. Zamówiłem najdroższe danie nie ze względu na cenę tylko na obiecującą różnorodność potrawy. Była to specjalność zakładu, talerz z rozmaitościami. Ponieważ lubię takie możliwości smakowania bylem pełen obaw, że ten wybór okaże się klęską tak jak kiedyś w Pradze, kiedy zamówiłem w najlepszej restauracji podobne danie i byłem rozczarowany. Niestety, i tym razem to była porażka. Kilka malutkich kupek czegoś, z czego jedna okazała się kawałkiem wołowej wątróbki polanej czekoladą. Witajcie w świecie nouvelle cuisine. Za 35 euro. Moja firma, NBC News miała zamówiony catering od właścicieli kilku turyńskich restauracji. Był beznadziejny, wszyscy narzekali ale na koniec obiecali, że będzie pysznie. Ponieważ po pierwszym kontakcie z ich kuchnią omijałem ją z daleka zdecydowałem się jednak na, miałem nadzieję, udany finał. Wizytówka pod podgrzewaczem zwiastowała żeberka BBQ. Po otwarciu pokrywy okazało się, że są tam kości wieprzowe prawie zupełnie pozbawione mięsa. W odpowiedzi na moje pytanie gdzie jest mięso zobaczyłem wzruszenie ramion. Na szczęście inaczej było w Vancouver. Pyszne jedzenie, świetna atmosfera, często było słychać polską mowę, nawet w małej chińskiej knajpce po drodze do miejscowości Whistler, czyli po naszemu żartobliwie Wygwizdowo, gdzie odbywały się konkurencje narciarskie, siedząca tam z kolegami po fachu policjantka jak usłyszała, że mówimy między sobą z kumplem po polsku od razu się przysiadła i powiedziała, że pochodzi z polskiej rodziny i mieszka w Montrealu. W Kanadzie nauczyłem się innej niż powszechnej u nas techniki jazdy i teraz jeżdżę spokojniej, nie dlatego, że mam 64 lata ale dlatego, że tylko kretyni jeżdżą wciskając pedał gazu przy każdej okazji. Tam jeździ się tak, że można oglądać krajobraz, przeczytać plakat, spojrzeć na piękną kobietę na chodniku… Luz, relaks, spokój. Wzięło się to z pierwszej podróży po ulicach miasta, kiedy pani jadąca przede mną SUV-em zbliżając się do skrzyżowania z włączonym kierunkowskazem i z zamiarem skrętu w prawo, zrobiła to na 100 metrów  wcześniej, po czym zjechała ze skrzyżowania z prędkością 5 km/h czym wprawiła mnie we wściekłość ! Niewiele mi zajęło, żeby zrozumieć, że nic się nie stało, ja też tak mogę jeździć, odczuwać frajdę z jazdy, nie mieć odruchów trąbienia… Z innych ciekawostek, na ulicach centrum miasta nie ma wiele miejsc do parkowania ale za to prawie pod każdym domem w centrum jest podziemny parking albo osobno stojący parking wielopiętrowy. W czasie Olimpiady ceny poszły wprawdzie w górę ale przeciętny koszt poza sezonem to ok. 40 pln za dobę. Potem byłem w  Londynie, który jednak nie zapisał się szczególnie w moich wspomnieniach. Co innego Sochi. Po przyjeździe okazało się, że nasza winda nie działa. 18 skrzynek, z których każda ważyła 30 kg trzeba było wnosić na raty po schodach na szóste piętro! U nich to był cały czas budowy. Reklamacje odnośnie windy nie odnosiły skutku, już nie pamiętam ile im to zajęło, ale przez co najmniej dwa tygodnie męczyliśmy się z wnoszeniem ciężarów. Okazało się też, że w łazience mojego przyjaciela piętro wyżej do spuszczania wody ma do dyspozycji jedynie gorącą wodę natomiast w kranie umywalki jest tylko zimna. Zajęło mi to dwa dni, żeby znaleźć ukrytą w ścianie skrzynkę montażową a w niej okazało się, że wystarczy zamienić dwa węże i wszystko wróciło do normy. Udało się też wyregulować temperaturę wody w bidecie, do tej pory zbyt gorącą. Bidet był, a jakże, łazienka full wypas! W połowie naszego pobytu, późnym wieczorem usłyszałem pukanie do drzwi mojego apartamentu. Przez wizjer zobaczyłem czterech potężnych facetów, z których jeden trzymał śrubokręt. Mając nadzieję, że to nie napad otworzyłem drzwi. Okazało się, że brygada stawiła się w celu usunięcia usterki przesuwnych drzwi w szafie w mojej sypialni. Szczerze mówiąc nie miałem z tymi drzwiami najmniejszego problemu ale panowie zabrali się za naprawę. Po tym, jak jednemu z nich udało się doprowadzić do pojawienia się problemów z przesuwem, pracę przejął drugi, najwyraźniej dowódca. Po paru minutach drzwi przestały się już zupełnie  przesuwać ! Na szczęście przekonałem ich, że jest już bardzo późno i brygada znikła. Po 5 minutach mojej ingerencji drzwi zaczęły się przesuwać ponownie. Byliśmy w tym miasteczku jedyną ekipą dla NBC razem z korespondentką i producentem. Co kilka dni musieliśmy jechać do odległego o 4 km miejsca, z którego prowadziliśmy transmisję na żywo. Ponieważ zawsze była to trzecia w nocy a temperatura wynosiła minus 5 stopni wymyśliłem, żeby każdy pobyt kończyć wypiciem mojej cytrynówki, na co wszyscy oczywiście ochoczo przystali. A propos cytrynówki. Moja babcia ją robiła a ja przygotowałem ją kiedyś w Moskwie, na moje urodziny. Potem, podczas pobytu Toma Brokawa, słynnego amerykańskiego dziennikarza z mojej stacji NBC, zostałem poproszony przez Larissę, naszą rosyjską szefową o zrobienie cytrynówki dla Toma. Było to 4 lipca, amerykańskie święto, nasi Filipińczycy Joe i Cindy zajęli się grillem, ja zrobiłem to co potrafiłem najlepiej. Kiedy wszyscy pili już moją cytrynówkę Larissa spytała, czy poczęstowałem już Toma. Sądziłem, że tak ważny dziennikarz, przygotowujący się do występu na żywo nie będzie chciał pić alkoholu. Po tym, jak nalałem mu pierwszy kieliszek wyszedł z pokoju i poprosił o dolewkę! Później było nagranie z Placu Czerwonego. W swoim zakończeniu programu Tom powiedział „to wszystko od nas z Moskwy, my też świętowaliśmy 4 lipca pijąc polską cytrynówkę, zrobioną przez naszego pracownika Madżika”. Polacy zawsze wiedzieli jak celebrować! A propos, nie potrafiono wymawiać mojego imienia Maciek więc ktoś kiedyś wymyślił, że będę Madżik czyli w angielskiej pisowni Majec. Potem tę cytrynówkę musiałem wiele razy przygotowywać, pili ją ze mną Michaił Gorbaczow, Henry Kissinger, James Baker (sekretarz Stanu USA) i wielu innych. Żegnam się z nadzieją na wielokrotne świętowanie moją cytrynówką medali naszych reprezentantów na Olimpiadzie!

Maciej Bugajak - operator filmowy, publicysta

 

 

 


Z pamięci najemnika (9) - „Olimpiada z cytrynówkąˮ - korespondencja własna Macieja Bugajaka z Korei komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się