:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  9°C zamglenie

Zła karma

publicystyka, karma - zdjęcie, fotografia

Ostatnio pisałem o tym, co najlepszego jadłem w życiu, pora więc ponarzekać. Chronologicznie moje pierwsze spotkanie z zagraniczną kuchnią wydarzyło się w Szwecji, podczas pobytu w 1976 r. Byłem biednym studentem trzeciego roku łódzkiej Filmówki i pojechałem w czasie wakacji za chlebem do naszych północnych sąsiadów, gdzie na mocy umowy międzyrządowej młodzi Polacy mogli podjąć pracę. Z oczywistych powodów oszczędzanie było priorytetem, bo ze względu na przeliczniki walutowe wszystko było potwornie drogie. Litr mleka kosztował prawie dolara a za takie pieniądze można było kupić w Polsce kilogram wędzonej szynki lub pół litra. Ale do rzeczy.

W Sztokholmie miałem pierwszy kontakt ze znaną na całym świecie siecią restauracji KFC. Po wyczerpaniu się moich puszkowych zapasów, przywiezionych z kraju postanowiłem zapoznać się ze smakiem słynnych kurczaków pułkownika Sandersa. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu drób, przyrządzany w restauracji miał okropny smak. Na pierwszy plan wybijał się posmak ryby, wynikający pewnie z rodzaju używanej paszy, w dodatku kurczaki zabijano prądem, co powodowało zastyganie krwi wokół kości.

Ohyda! Zresztą wiele lat później zamówiłem KFC na Oxford Street w Londynie i smak a raczej jego brak był ten sam. Szwedzkie śledzie w zalewach słodkich albo korzennych nie przypadły mi do gustu. O wędlinach, też nie mieli pojęcia, chleb przypominał ligninę, wszechobecna duńska szynka konserwowa nie nadawała się do konsumpcji chyba, że po flaszce. Na szczęście Szwedzi potrafili robić fantastyczne przetwory mleczne, Filmjölk i Langfil były moimi ulubionymi. Następnym krajem, z którym kojarzą mi się mieszane wspomnienia kulinarne jest były Związek Radziecki. Po raz pierwszy pojechałem tam w związku z filmowaniem koncertów Billy Joela, słynnego amerykańskiego piosenkarza. Billy podszedł bardzo profesjonalnie do występów, przywożąc kilka TIR-ów sprzętu i realizując program tak samo, jakby koncerty miały się odbyć w Nowym Jorku czy Londynie. Pierwszym kontaktem z kuchnią rosyjską było śniadanie w hotelu Kosmos. Sam hotel olbrzymi, zbudowany na Igrzyska Olimpijskie, w jego lobby można by urządzić mecz koszykówki. Restauracja też olbrzymia ale wybór potraw niewielki. Na środku znajdował się metalowy stół z wielką  kupą czegoś brązowego, sięgającą bez mała pół metra wysokości. Właściwie słowo kupa jest tu adekwatne bo mogłaby być to kupa słonia. Okazało się, że jest to pasztet z wołowej wątroby. Nawet nie próbowałem, odpychał mnie sam zapach. Oprócz tego były też jaja gotowane na twardo. Co ciekawe, rosyjskie jaja, które jadałem przez następne kilkadziesiąt lat zawsze miały żółtka, które tylko z nazwy je przypominały. Były bowiem prawie tego samego koloru co białka i oczywiście nie miały żadnego smaku. Nigdy nie rozszyfrowałem tego ewenementu. Kolejną zagadkę stanowiła ciemnozielona masa, przypominająca gotowany szpinak ale okazała się morską kapustą. Ostrożna próba smakowa o mało nie zakończyła się pawiem. Doszedłem do wniosku, że to co najlepsze w rosyjskiej kuchni to to, co nie wymaga zbytniej pracy przy przyrządzaniu czyli kawior. Następnym krajem, w którym miałem powody do narzekań było Kosowo. Byłem tam prawie 20 lat temu więc sporo mogło się zmienić ale wtedy każda restauracja musiała być „włoska” ! Czyli pizza i spaghetti. Dla takiego mięsożernego jak ja była to gehenna. Znalazłem jedną knajpę z pstrągiem w menu i jedną z całkiem przyzwoitym stekiem, ale bez rewelacji. Jeszcze gorzej pod względem gastronomicznym wypadł Tadżykistan, który odwiedziłem pod koniec lat 90 zeszłego wieku.Mieszkałem w najlepszym hotelu w Duszanbe, zbudowanym w latach 70 ale stan pokoi i łazienek wskazywał raczej na pochodzenie z lat 70 XIX wieku. W restauracji dwa dania główne, obydwa w oparciu o wołowinę i ziemniaki. Problem polegał na tym, że wołowina była twarda jak z podeszwy a ziemniaki, w zależności od dnia były albo prawdziwymi, niesmacznymi kartoflami albo koszmarnym puree z proszku, który z pewnością był zabrany głodnym krówkom. Za to na rynku bogatość warzyw i owoców  oraz całkiem przyzwoity szaszłyk, tylko nie wiem z jakiego mięsa. Nie zdziwiłbym się jakby był z kota bo kawałki na szpadce były wyjątkowo malutkie. Z Tadżykistanu rzut  beretem do Tatarstanu. Tam pełniłem rolę doradcy d/s operatorskich w czasie jednodniowej sesji w niezależnej telewizji tatarskiej. W moim hotelu była pani kucharka, która bardzo chciała mnie zaspokoić kulinarnie, o innych zaspokojeniach nie było mowy, pani miała prawie 70 lat. Chociaż…. No nie, żartuję! Moja gospodyni, bo i gotowała i podawała do stołu któregoś dnia postanowiła zrobić danie regionalne, tzw. „kartofielniki”, które okazały się pierogami z ziemniakami. Niestety, brak przypraw, grubość  ciasta oraz smak ziemniaków spowodował, że aby nie robić przykrości mojej Pani zaraz po ugryzieniu „kartofielnika” wyplułem go do serwetki i z całą resztą pieroga schowałem do kieszeni. Potem oczywiście do kosza. A teraz czas na kuchnię włoską. Turyńską, którą musiałem znos ić podczas Igrzysk w 2006 roku. Otóż oni tam nie  mają pojęcia o dobrej kuchni. O pysznym jedzeniu. NBC zapewniła nam catering ale po pierwszym dniu już wiedziałem, że jestem skazany na poszukiwania dobrej knajpy. Okazało się, że dostałem długi wyrok. Przez miesiąc starań nie udało mi się znaleźć przyzwoitej kuchni w Turynie. Nawet podobno najlepsza restauracja, gdzie zamówiłem talerz turyńskich specjałów okazała się niewypałem. Na dużym talerzu były kupki czegoś, z czego jedna trudna dla mnie do identyfikacji okazała się kawałkiem wołowej wątróbki, polanej czekoladą.  Kiedyś już pisałem o wołowej wątrobie więc ograniczę się tylko do komentarza, że nigdy więcej do Turynu. Niedługo później poleciałem do Portugalii. Korespondent zachwalał małe smażone rybki ale ja zdecydowałem się na „robalo”, który okazał się nie robalem z morza tylko okoniem, oczywiście z morza. Zresztą te rybki smakowały głównie tranem, więc nie wiem o co chodzi. Uważam, że najlepsze smażone ryby w restauracji można dostać tylko w Polsce! Sandacz, szczupak, lin, karp, okoń, miętus, węgorz, pstrąg, sieja, sielawa…. Coś przeoczyłem? Już wiem co, narzekam ale w Astrachaniu zjadłem jedną z najlepszych ryb z grilla, sazania. To jest taki dziki karp ale ma rewelacyjne mięso, jędrne i soczyste. U nas niestety nie do dostania. Teraz o Finlandii. No cóż, ich narodowe danie to stek z renifera. Nie chodzi mi o to, że renifer kojarzy się ze Świętym Mikołajem ale jego mięso jest za słodkie, wolę polędwicę wołową. W czasie pierwszego pobytu w Szkocji, gdzie pomagałem przyjacielowi w robieniu zdjęć poklatkowych przepięknego krajobrazu, z uwagi na niski budżet nasze dwa noclegi spędziliśmy w tzw. „bed&breakfast”. Pierwszy dom należał do skromnej rodziny, śniadanie było jednak obfite i smaczne. Niestety, zawierało jeden element, przypominający krążek podsmażonej kaszanki, który wywołał u mnie odruch wymiotny. Podobnie jak w Kazaniu umieściłem go w serwetce i schowałem do kieszeni. Następnego dnia, po nocy spędzonej w bardzo luksusowej rezydencji nasza gospodyni uraczyła nas równie obfitym i smacznym śniadaniem, z tą jednak różnicą, że „kaszanka” okazała się całkiem zjadliwa. Pewnie zależało to od odpowiedniego przyprawienia, myślałem wtedy, dalej nie wiedząc co jem. Później dowiedziałem się, że był to narodowy szkocki przysmak „haggis”, robiony z owczych podrobów (wątroby, serca i płuc), wymieszanych z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszytych i duszonych w owczym żołądku. Rzyg! Dwa miesiące temu byłem w Glasgow, ale już nie dałem się namówić na ponowną konsumpcję tej potrawy. I na koniec moich narzekań Nowy Jork. Robiłem tam zdjęcia do filmu dokumentalnego „System 09” i ze względu na mały budżet (znowu) mieszkaliśmy w małym hoteliku w chińskiej dzielnicy. Tego dnia mialem dzień wolny a ponieważ nie mam charakteru rasowego podróżnika czy chociażby turysty więc gdy reszta ekipy pojechała zwiedzać Manhattan ja ten czas spędziłem wylegując się w łóżku. Gdy zgłodniałem postanowiłem rozejrzeć się po okolicy i mój wybór padł na  jedną z licznych chińskich knajpek. Niestety, menu było tylko po chińsku, takim też językiem posługiwała się załoga restauracji. Trochę na migi, trochę onomatopeicznie  wybrałem danie, mając nadzieję, że trafnie rozpoznano moje pragnienie aby to było danie z kurczaka. I rzeczywiście, było to coś z kurczaka, chyba same łapki, oblane jakimś  sosem bez smaku. Mięsa na tym właściwie nie było więc mój pobyt nie trwał długo, zdążyłem jednak zauważyć niezwykłe zjawisko, polegające na tym, że do knajpki weszło  dużo Chińczyków ale nie po to, żeby usiąść i zamówić coś tylko po to aby mi się przyglądać. Pewnie byłem pierwszym białym człowiekiem, który zamówił to danie. A może mi się tylko wydawało….

 


Zła karma komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się